Ostatni taniec - Judith Lennox
Stare domy zazwyczaj kojarzą mi się z ogromnym bogactwem, ale nie takim materialnym, tylko bardziej duchowym. Zawsze, kiedy odwiedzam jakąś wiekową budowlę – czy to dworek/zamek, czy to zwyczajny, wielopokoleniowy dom – zastanawiam się nad historią tego miejsca. Przecież mury takiego domu musiały niejedno „widzieć” i niejedno „słyszeć”. Przez dziesiątki, a może nawet setki lat były świadkami zmieniającej się rzeczywistości, a ludzie, którzy tam mieszkali przeżywali swoje radości i smutki. Mury takiego wiekowego domostwa mogłyby nam opowiedzieć naprawdę wiele ciekawych historii dotyczących jego mieszkańców. W zależności od tego, ile lat liczy sobie dom, nasza wyobraźnia może podsuwać nam rozmaite obrazy, jak na przykład bale, które zapewne się tam odbywały, albo sceny sprzeczek pomiędzy małżonkami, albo też zabawy rozbrykanych i szczęśliwych dzieciaków. Ale przecież mieszkańcy takiego domu przeżywali w nim nie tylko szczęśliwe dni. Zapewne zagościła tam również śmierć i rozpacz po stracie bliskich na przykład na skutek wybuchu jednej czy drugiej wojny światowej. Mogło też zostać popełnione tam morderstwo, którego nigdy nie wyjaśniono lub ktoś w akcie rozpaczy mógł popełnić samobójstwo.
 
Wyobraźmy sobie zatem wiekową, wiejską posiadłość, której historia sięga jeszcze czasów panowania dynastii Tudorów. Ta niezwykle mroczna posiadłość znajduje się w angielskim hrabstwie Devon i położona jest nad jednym z morskich akwenów, gdzie wiatr wciąż tańczy w gałęziach drzew. Rzeczona posiadłość nosi nazwę Rosindell i od wieków należy do rodziny o nazwisku Reddaway. Prawda jest taka, że członkowie tegoż rodu jakoś nigdy nie wzbudzali powszechnej sympatii wśród sąsiadów. Ludzie, którzy ich znali, zwykli twierdzić, że byli oni wyjątkowo trudni we współżyciu, a niektórzy z nich nawet strzelali do „intruzów”.
 

 

Przeczytaj całość