Kiedy kilka lat temu pisałam swoją blogową powieść Literackie podróże Weroniki, wówczas w myślach mojej bohaterki często dominował strach przed przeniesieniem się w czasy, w których rozgrywałby się jakiś militarny konflikt. Siedemnastoletnia Weronika obawiała się, że – znając historię – nie zniosłaby na przykład realiów drugiej wojny światowej. Wolała żyć w średniowieczu, niż choćby jedynie przez chwilę być świadkiem okrucieństwa faszystowskiego okupanta wobec jego ofiar. Wiedziała, że nie zniosłaby widoku ulicznych egzekucji, aresztowań niewinnych ludzi, a już na pewno nie dałaby rady funkcjonować w Auschwitz-Birkenau. Na szczęście nic takiego się nie stało. Literatura okazała się łaskawa i Weronika nigdy nie trafiła do roku 1939, ani też do pierwszej połowy lat 40. XX wieku.

 

Myślę, że – podobnie jak moja powieściowa bohaterka – nikt z nas będących przy zdrowych zmysłach nie chciałby żyć w czasach, gdzie na każdym kroku czai się śmierć, a głód i strach nie pozwalają zasnąć. O ile Weronika Świtalska miała szczęście, o tyle Anna Duszkowska-Obrycka nie mogła już tego samego o sobie powiedzieć. Wiesława Bancarzewska odpowiedzialna za losy swojej powieściowej bohaterki postanowiła, że Anna jednak przeżyje drugą wojnę światową i doświadczy wszechogarniającego strachu przede wszystkim o swojego męża i kilkuletnią córeczkę. O siebie nie musiała się martwić, bo przecież w każdej chwili mogła skorzystać z zaczarowanego obrazu z modrzewiem i znaleźć się w swoim toruńskim mieszkaniu w bezpiecznym dwudziestym pierwszym wieku.

 

 

 

Przeczytaj całość